niedziela, 1 czerwca 2014

o1xo5. Enemies appear out of nowhere.

Kilka dni później nadszedł pierwszy dzień nauki w nowej szkole. Kimberly trochę się tego obawiała, gdyż nikogo tam nie znała. Jack, na nieszczęście dla niej, skończył naukę rok temu, więc nie mogła na niego liczyć. Od ich pierwszego spotkania minął dopiero tydzień, a oni już zdążyli się zaprzyjaźnić. Dziewczyna nawiązała kontakty z współpracownikami Nell - Marty'm, Samem, Kensi, Erickiem i G. Poznała też Hetty, o której wtedy wspomniała ciotka. Granger, po powrocie z Waszyngtonu, nie zareagował jakoś specjalnie pozytywnie na jej ponowny widok.
- Co ty tu znowu robisz, Kimberly? - warknął, gdy zobaczył ją obok biurka Marty'ego, pijącą ulubione cappuccino ze Starbucksa.
- Spokojnie, Owen - mruknęła Henrietta. - Nic się przecież nie dzieje, panna Crawford jest siostrzenicą panny Jones.

****

Gdy Kimberly zeszła na dół, siostry Nicole nie było już w domu. Pochwyciwszy jabłko z kuchni, zarzuciła swoją torbę z na ramię i wyszła z domu, przedtem go zamykając. Wyciągnęła z kieszeni telefon, w celu sprawdzenia godziny.
- Siódma dwadzieścia siedem, nie jest źle - stwierdziła i schowała go z powrotem. Udała się do swojego nowego miejsca edukacji. Po drodze rozglądała się dookoła i obserwowała jak wiecznie słoneczne Miasto Aniołów powoli budziło się do życia. Na Sunset Street, przez którą przychodziła, ekipa filmowa rozkładała swój sprzęt, by zacząć kręcić pierwsze sceny do nowego sezonu popularnego sitcomu.

Doszła do murów szkoły i spacerowała po korytarzach w poszukiwaniu szafki nr 392, która od teraz miała należeć do niej. Tak ustalił dyrektor, gdy spotkał się z nią dwa dni temu. Postanowił też, że Kim przed rozpoczęciem lekcji ma przyjść do niego po rozkład zajęć. Był jednak mały problem - zapomniała, gdzie znajduje się jego gabinet.
- Cześć, jak dojść do biura dyrektora? - zaczepiła dziewczynę, stojącą najbliżej.
- O, hej! Pewnie jesteś nowa - stwierdziła szatynka. - Jestem Rosalie.
- Kimberly, ale wolę Kim - przedstawiła się.
- Chodź, zaprowadzę cię - rzuciła pogodnie, uśmiechając się przy tym. Zamknęła szafkę i razem z blondynką udała się do profesora Jefferson'a.
- Zmieniłaś szkołę? - zagadnęła po drodze.
- Przeprowadziłam się ze Seattle - wyjaśniła.
- Muszę cię ostrzec, nie daj się Monique - spojrzała na nią pytająco. - To nasz szkolny plastik. Myśli, że jest lepsza, bo jej rodzice są cholernie bogaci, a matka to Francuzka.
- Spoko, poradzę sobie. Nie taki pustak straszny - obie się zaśmiały.
- Wiesz co, Kim? Fajna jesteś - stwierdziła. - Choć Monique pewnie się do ciebie przyczepi. Trzymaj się mnie, ja chyba jako jedyna laska w szkole mam ją daleko gdzieś.
- Teraz jest nas dwie - przybiły sobie piątki i zamilkły, bo doszły do celu. Rose zapukała do drzwi, a potem weszła razem z Crawford.
- Panno Harmon, proszę! Nawet przed pierwszym dzwonkiem muszę wysłuchiwać o pani niewyparzonym języku lub, nie daj Boże, jakiejś bójce?
Dziewczyna zawsze była skora do kłopotów, a zostawanie po lekcjach stawało się jej chlebem powszednim.
- Sorry, Ted. Nie dzisiaj - mrugnęła do niego roześmiana, a biedny Jefferson złapał się za głowę. - Przyprowadziłam ci nową uczennicę.
- Ach tak, dzień dobry, Kim - uśmiechnął się słabo i podał jej plan lekcji. - Paxton High School wita. Sam nie wierzę, że to mówię, ale... Rose, oprowadź ją na przerwie.
- Jasna sprawa, Teddy! - krzyknęła i poklepała go ramieniu. Czasami traktowała go niczym kolegę z klasy. Złapała blondynkę za rękę i razem z nią wybiegła z gabinetu.
- Harmon, tylko mam nadzieję, że nie zepsujesz jej już pierwszego dnia! - rzucił jeszcze.
- Nadzieja matką głupich - mruknęła i już ich nie było.
Spojrzały na kartkę Kim i okazało się, że mają razem większość lekcji, oprócz hiszpańskiego, plastyki, biologii i wiedzy o społeczeństwie.

Zadzwonił dzwonek, a po chwili razem kierowały się w kierunku sali do geografii. Obie zajęły miejsce w ostatniej ławce, podczas gdy połowa chłopaków skupiła swój wzrok na Kimberly, która lekko się zarumieniła.
- Czemu się tak na mnie gapią? - spytała szeptem. - Rosie, tamten się ślini! - pisnęła.
- Jesteś nowa i dlatego patrzą na ciebie, jak na kawałek świeżego mięska. To minie... po kilku tygodniach.
- Żartujesz sobie, prawda? - westchnęła ciężko, zakładając nogę na nogę.
Po chwili do klasy wszedł nauczycielka przedmiotu i wszystkie rozmowy ucichły.
- Panna Rosie widzę, że punktualnie - rzuciła.
- To tak okazjonalnie - wszyscy się zaśmiali, nawet kobieta.
- Jak widzicie, mamy nową uczennicę. Kimberly Crawford - powiedziała tylko, a dziewczyna delikatnie się uśmiechnęła.
 Lekcja minęła dosyć szybko. Głównie dlatego, że Kim i Rose cały czas rozmawiały. Przedstawiciele przeciwnych płci co chwila odwracali się w kierunku nowej, wysyłając jej wszelakie liściki, które jednak ignorowała. Jedyną osobą, której się to nie podobało była wyżej wspomniana Monique Castillo, siedząca w jednej ze środkowych rzędów. Blondynka nie zrobiła na niej najlepszego wrażenia, wręcz przeciwnie...

****

- Cześć, Kimmy - pisnęła Francuzka w kierunku Crawford.
Obie, wraz z Rosalie, znajdowały się na świeżym powietrzu na długiej przerwie. Castillo miała bowiem pewien plan, który chciała zrealizować...
- Em... hej, Monique, prawda? - upewniła się.
- Zasłaniasz nam słońce, kochana - mruknęła ciemnowłosa, lecz jej słowa zostały zignorowane.
- Posłuchaj, powiem ci coś - odparła. - Jesteś nowa, ale to nie znaczy, że każdy facet ma się za tobą oglądać. Ja tu jestem królową, a ty jedynie szarą myszką. Mam nadzieję, że to zrozumiałaś.
- A ja mam nadzieję, że następnym razem nałożysz na siebie mniej tapety. Można by pomalować ścianę, a i tak by zostało - zaśmiała się, czym ją zdenerwowała.
Zanim się obejrzały, zebrało się wokół nich małe zbiorowisko. Kimberly sama się sobie dziwiła, skąd u niej ta pewność siebie. Zwykle była cicha i nie wyróżniała się z tłumu, a teraz? To złość na Castillo tak na nią podziałała.

Nagle, ku jej ogromnemu zaskoczeniu, pojawił się... Jack. Jack Brewer we własnej osobie. Jeszcze rok temu chodził on bowiem do tej samej szkoły, gdzie teraz naukę zaczynała Crawford. Był obiektem westchnień większości dziewczyn, w tym również Monique, która nie mogła pogodzić się z jego nieobecnością na korytarzach. Dziewczyna często po niego dzwoniła, gdyż czuła się samotna bez niego. Prawie zawsze ją ignorował, lecz nie dzisiaj. Wiedział bowiem, że Kim też tu będzie i wyłącznie dlatego przyjechał. To dziwne, ale chciał po prostu ją zobaczyć.
- Monique - westchnął. - Nie po to rok temu odbierałem świadectwo, żebym musiał co chwila tu przyjeżdżać.
- Jack'ie! - pisnęła i rzuciła mu się na szyję, przedtem obdarowywując blondynkę chłodnym spojrzeniem pełnym niechęci. - Popatrz, to nasza nowa ofiara - warknęła, a brązowooka wraz z Brewerem miała ochotę się roześmiać.
- No tak, to muszę być ja - odparła uśmiechnięta, czym zdziwiła zarówno obie szatynki (Monique też ma włosy tego koloru, tak samo Rosalie) i pozostałych, bacznie obserwujących sytuację.
- W takim razie witam, ofiaro - rzucił i zrobił coś, czego nikt, nawet Kim, się nie spodziewał. Podszedł do niej i czule pocałował w policzek, a następnie przytulił, szepcząc jej do ucha ciche: 'Cześć'.
- Co ty zrobiłeś, Jack'ie!? - pisnęła przerażona Castillo.
- Przywitałem się, nie widać? - mruknął. - A teraz sorry, ale jeśli jestem tu tylko po to, muszę już jechać.
Sekundę później zadzwonił dzwonek na kolejną lekcję, a niezadowolona Francuzka pomaszerowała na matematykę, podczas gdy reszta również się rozeszła. Zostali tylko Rose, Kim i Jack.
- Nie przejmuj się nią, ona już taka jest. Pogada, pogada i przestanie - stwierdził i uśmiechnął się.
- Zapamiętam - odparła, odwzajemniając jego gest.
- Idźcie, bo się spóźnicie. Pa, Kimmy. Cześć, Rosie - dodał jeszcze, gdyż również znał szatynkę, a po chwili już go nie było. Wsiadł do swojego samochodu i odjechał.
- Co to było?! - spytała Harmon, gdy kierowały się do klasy od angielskiego. - Jack cię pocałował. Ten Jack, w którym buja się połowa dziewczyn z tym francuskim ślimakiem na czele, całuje cię! Widział cię pierwszy raz, a ją już chyba milionowy i nigdy jej nie pocałował.
- Tylko dał mi buziaka w policzek, to nic nadzwyczajnego - sprostowała. - Poza tym, nie widział mnie pierwszy raz. Poznaliśmy się, gdy tu przyjechałam, tydzień temu.
- Jak? Gdzie?
- To dość długa historia - stwierdziła.
- Teraz Monique cię nienawidzi, Kim - uświadomiła. - Każda, która się do niego zbliży, automatycznie trafia na czarną listę. Po dzisiejszej akcji pewnie wylądujesz na niej z numerem jeden.
- Tak szczerze, to widziałam się z nim przez te dni chyba codziennie. Na pewno mnie nienawidzi, a jeśli jeszcze nie, to chyba niedługo zacznie.
Dziewczyny wybuchnęły śmiechem i w wesołych nastrojach weszły do klasy na zajęcia, prowadzone przez profesora Hudsona.

****

- Jak tam pierwszy dzień szkoły? - zapytała Nell, gdy przed godziną szesnastą, siostrzenica pojawiła się w domu. - No i czemu tak długo?
- Przepraszam, ale Rose namówiła mnie, żebyśmy zostały na treningu drużyny footbalowej i się przeciągnęło - wyjaśniła, odstawiając ciężką torbę w kąt pokoju. - Było nawet fajnie... Jack wpadł.
Uśmiechnęła się na dźwięk jego imienia. Ciągle miała przed oczami sytuację z dzisiejszego dnia.
- Nasz Jack? - blondynka skinęła głową. - Przedtem pytał czy nie dałoby się dyskretnie podpalić budynku, a teraz z własnej woli się w nim pojawia? Ten chłopak jest niemożliwy - zaśmiała się.
- Wiesz, która to Monique Castillo?
- Ta landrynka, która ciągle za nim biegała? Taak, znam ją, niestety - odparła. - Zgaduję, że jego obecność to też jej zasługa.
- Dokładnie!
- No nic... pomożesz mi przy obiedzie? - zapytała.
- Pewnie, Nell - odparła Crawford i razem z ciotką zabrała się za kończenie dania.
Życie w Californii co raz bardziej jej się podobało. Mogła wychodzić, poznawać nowych ludzi, a przede wszystkim - była wolna. Zero sprawdzania, grzebania w telefonie i rzeczach. Wreszcie zdobyła prywatność i przestrzeń, której przedtem jej brakowało. Pierwszy dzień w nowej szkole, a ona już nabawiła się jednego wroga. Poznała też nową przyjaciółkę, z którą bardzo dobrze się rozumiała. A Jack? Połączyła ich pewnego rodzaju więź, która umacniała się z każdym dniem. Nie przeszkadzała jej ta drobna różnica wieku między nimi, nawet jej odpowiadała. Lepszego początku nowego życia chyba nie mogła sobie wymarzyć...


Najlepszego z okazji dnia dzieckaa ♥

sobota, 31 maja 2014

Liebsten Award

Nominacja do Liebsten Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania, z " dobrze wykonaną robotę". Jest przyznawana dla blogerów o mniejszej liczbie obserwatorów, więc daje możliwość ich rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób  ( informujesz ich o tym) oraz zadajesz 11 pytań.


TO PIERWSZA NOMINACJA DLA TEGO BLOGA I JESTEM NAPRAWDĘ OGROMNIE WDZIĘCZNA, BO NIE PRZYPUSZCZAŁAM, ŻE TA HISTORIA MOŻE WYPALIĆ.
EMILY, DZIĘKUJĘ ♥


Pytania:
1. Gdyby kręcono w Hollywood film o twoim życiu, która z gwiazd najlepiej sprawdziła by się jako ty ?
hahaha :D utknęłam na pierwszym pytaniu, jestem wybitna. Tak szczerze to nie mam zielonego pojęcia, może ta, do której jestem podobna? Choć chyba takiej nie ma.
2. Sexiest Man/Woman Alive to według ciebie?
Nie mam bladego pojęcia xd
3. Jaki fantastyczny świat chciałabyś najbardziej zwiedzić?
ale że np z książki? Poszłabym sobie do Niezgodnej, nie ma co xd
4. Niespodziewanie wybucha zombie-apokalipsa, co robisz?
Stary model Nokii idzie w ruch. :D
5. Wygodny dres czy szyk po godzinach?
Zależy kiedy. W wolnym czasie chodzę raz tak, raz tak.
6. Najlepszy bohater The Vampire Diaries to według ciebie to.... Dlaczego? ( jeżeli nie oglądanie ów serialu, można go zmienić na inny )
KATHERINE ♥ (Plec niedługo zginie, przysięgam)
7. Gdybyś mogła być kimś innym przez jedne dzień, kto by to był? Dlaczego ?
Nora Grey ? Taki Patch to skarb xd
8. Czy byłby z ciebie dobry Sherlock? Dlaczego?
Raczej bardzo dobry xd Jak się czegoś uczepię, to nie odpuszczam, jeśli się nie dowiem.
9. Co wolisz- być inteligentna jak Hermiona, odważna jak Harry czy lojalna jak Ron?
to, to i to wchodzi w grę?
10. Cytat, który utkwił ci w pamięci to... ?
,,Widziałem, że mówienie sprawia mu ból i zastanawiałem się, czy nie poprosić go, żeby przestał, ale czasami bardziej boli, gdy człowiek zachowuje milczenie."
wczoraj skończyłam czytać Zieloną Milę ;c chyba po raz 132132143 ale i tak się popłakałam :(
11. Z jaką postacią z filmu/książki/serialu/gry możesz się utożsamić?
nie zastanawiałam się nad tym, więc odpowiedzi nie będzie :D

Nominuję:
1. http://kim-and-jack-love-story.blogspot.com/
2. http://kickinit-pamietnik-kim.blogspot.com/
3. http://future-real-and-true.blogspot.com/
4. http://inna-historia-kickin-it.blogspot.com/
5. http://una-infinidad.blogspot.com/
6. http://onlydream-kick.blogspot.com/

Przepraszam, że tylko 6, ale nie mam czasu myśleć nad resztą :D

Pytania:
1. Dlaczego zdecydowałaś się pisać bloga?
2. W jakiej tematyce czujesz się najlepiej?
3. Jaki jest twój ulubiony przedmiot w szkole.
4. 'We live, as we dream - alone'. Jak to rozumiesz? Zgadzasz się z tym?
5. Chciałabyś kiedyś odbyć podróż dookoła świata?
6. Gdzie widzisz siebie za 20 lat?
7. Masz jakieś pasje, które chcesz ukryć przed światem?
8. Ulubiony serial?
9. Co motywuje cię do dalszego pisania?
10. Masz swojego idola?
11. Co jest, według ciebie, twoją największą słabością.

A TERAZ PAR OGŁOSZEŃ.
  • na bloga wracam pierwszego czerwca (Matko Boska, to już jutro?!)
  • poważnie zastanawiam się nad "pozbawieniem" tego opowiadania trzeciego i czwartego sezonu 
  • macie może jakieś pomysły na dalszą akcję? (chodzi mi o drugi sezon, bo pierwszy mam całkowicie zaplanowany. ps. szykujcie się na wstrząs w finale... dosłowny)
  • mój ukochany Eric Olsen od dzisiaj jest oficjalnie HOT 37 XD


 do jutra (oby) ! <3
wasza Lexi ♥

poniedziałek, 24 lutego 2014

Goodbye, everyone.

Jestem idiotką.
Nie przesadzam.
Pojebaną idiotką.
Nie dodaję rozdziałów. Przepraszam. Obiecuję. Znowu nie dodaję. Znowu przepraszam. Znowu obiecuję. Takim oto sposobem krąg się zatacza, a ja nic nie robię, bo nie mam na to czasu. Wniosek jest tylko jeden.
Odchodzę.
Ze wszystkiego.
Każdy blog, jaki mam, przestanie funkcjonować.
Nie usunę ich jednak. Będą dalej.
Wrócę?
Tak.
Kiedy?
W maju, dokładnie pierwszego.
Z czym?
Z nowymi rozdziałami, oraz z kilkoma nowymi blogami i... Leolivią.
Dla zainteresowanych linki:
THE FUTURE SOUNDS LIKE US.
YOU ARE MY DESTINY. DO NOT BE AFRAID, JUST ACCEPT IT.
SOMOS DE DOS MUNDOS DIFERENTES.
ONE DECISION CAN MAKE CHANGE YOUR LIFE IN NIGHTMARE
Mam nadzieję, że te kilka tygodni beze mnie wyjdą wam na dobre. Wybaczcie, ale muszę się skupić przede wszystkim na nauce.
Zapomnicie o mnie?
Oby nie.
Od razu uprzedzam, że większość blogów oczywiście będę czytać, ale nie zawsze komentować. Do zobaczenia... kiedyś.
Wasza AleXandra Howard <3

czwartek, 20 lutego 2014

o1xo4. Unexpected help.

Trzeba stawić czoło szarej rzeczywistości. Pora otworzyć księgę i napisać w niej nowy rozdział, a przeszłość i wszelkie zło pozostawić za sobą. Łzy będą ostatnią pożądaną rzeczą, już nie będzie powodów do płaczu i krzyków. Teraz nadejdzie czas spokoju i szczęścia. Dziewczyna, choć nie miała przy sobie najbliższej rodziny, wiedziała, że Nell w pełni jej to zrekompensuje.
Obudziła się dość wcześnie. Nie wiedziała czy było to spowodowane nowym otoczeniem, czy ciotką krzątającą się po domu i co jakiś czas słyszalnym hałasem spadającej rzeczy. Wstała z łóżka i udała się na dół, gdzie zobaczyła rudowłosą szukającą swojej torebki.
- Już wstałaś – uśmiechnęła się. – Przepraszam, ale Eric po mnie dzwonił i muszę szybko pojawić się w pracy.
- Kim jest Eric? – zapytała zaciekawiona.
- Przyjaciel z pracy – wyjaśniła, a na jej twarzy pojawił się ledwo widoczny rumieniec. – No nic, ja lecę. Na stole zostawiłam ci adres NCIS i telefon. Gdybyś czegoś potrzebowała to dzwoń, ale raczej na komórkę. Do zobaczenia, Kimmy.
Przytuliła ją i wybiegła z domu. Crawford z kolei udała się do kuchni, by zrobić sobie śniadanie. Nie była specjalnie głodna, więc zadowoliła się jedynie gruszkowym jogurtem, stojącym w lodówce. Następnie wbiegła po schodach do swojej łazienki, gdzie wzięła prysznic i umyła zęby. Z szafy wyciągnęła szarą bluzkę bez rękawów z trzema kokardkami i turkusowe szorty z kwiatkami na przodzie. Kilka kosmyków włosów spięła z tyłu turkusową spinką w kształcie kokardki, a resztę pozostawiła rozpuszczone. Założyła kolczyki w kształcie diamentów, długą bransoletkę z zegarkiem, pomalowała paznokcie, przejechała tuszem po rzęsach, a na nogi wsunęła białe buty na niewielkim obcasie. Do torebki zapakowała telefon, klucze, portfel i gumy do żucia i z powrotem zeszła na dół, by wyjść i pozwiedzać miasto. Nie widziała go ponad trzy lata, zatem postanowiła, że mała wycieczka dobrze jej zrobi. Już miała otwierać drzwi wejściowe, gdy z salonu usłyszała dźwięk dzwoniącego telefonu.
Zapomniała komórki, stwierdziła w myślach i pobiegła do pomieszczenia. Niestety, spóźniła się, a na wyświetlaczu pojawił się napis: 1 połączenie nieodebrane od: Sam Hanna. Obok leżała kartka z zapisanym adresem i numerem. Kimberly wzięła komórkę do rąk i wsadziła do torebki. Postanowiła, że sama ją dostarczy.
Zamknęła dom i zaczęła kierować się do centrum. Po drodze udało się jej złapać taksówkę, więc oszczędziła czasu. Przez cały czas spoglądała przez szybę podziwiając uroki Los Angeles. Ludzi na ulicach, wzniosłe budynki, domy, a nawet w oddali napis Hollywood.
- Proszę pani, jesteśmy – z zamyśleń  wyrwał ją głos mężczyzny, kierującego samochodem. Wysiadła, zapłaciła mu należytą sumę i zaczęła iść w kierunku miejsca pracy Nell.
Niestety, nie za bardzo wiedziała, gdzie ma się udać. Chciała zapytać o to kilkoro ludzi, lecz ci albo ją ignorowali, albo mówili, że gdzieś się śpieszą. Gdy zobaczyła, jak ktoś wchodzi do windy nieopodal postanowiła pójść w jego ślady, jednak zostało jej to uniemożliwione. Pewien wysoki, na oko pięćdziesięcioletni mężczyzna, zagrodził jej drogę. Spojrzał na nią przenikliwie, a na jego twarzy zagościł grymas.
- Posłuchaj mnie uważnie – zaczął ochrypłym głosem. – Za kilka godzin mam być w Waszyngtonie i ostatnie, czego potrzebuję, to jakaś mała smarkula, która nie wiem jakim cudem tu weszła!
- To nie tak, bo moja ciocia tu pracuje, a ja tylko…
- Jak się nazywasz?
- Kimberly Crawford, proszę pana – powiedziała niepewnie.
- Nie przypominam sobie, żeby był tu ktoś o nazwisku Crawford – stwierdził. – Pójdziesz sama, czy ochrona ma ci pomóc?
- Chciałam tylko dać jej telefon, za chwilę już mnie tu nie będzie, przysięgam – rzuciła szybko i ze strachu zrobiła krok w tył. Już chciała dać za wygraną i odejść, lecz przez nieuwagę na kogoś wpadła. Odwróciła się i zobaczyła pewnego przystojnego szatyna o czekoladowych oczach, który słodko uśmiechnął się w stronę przestraszonej blondynki. Mężczyzna z kolei spojrzał na niego z wyraźną frustracją.
- Brewer...
- Vance chce cię widzieć w Waszyngtonie, jeśli dobrze pamiętam… i to jeszcze dzisiaj – mruknął.
- Ty już tu chyba zapuściłeś korzenie – warknął niezadowolony z jego obecności.
- Przypomnę ci, że mam takie prawo. Jak jeszcze o tym nie wiesz, spytaj dzisiaj Leona, na pewno ci powie – zaśmiał się, lecz za chwilę spoważniał. – Idź już, nie strasz jej, bo, jak widać, każdy się ciebie boi…
- Wszystko potrafisz załatwić? Nawet Gibbs cię lubi, a to już wyróżnienie – odparł z przekąsem, spoglądając na chłopaka.
- Samolot ci ucieknie, Granger.
Bez zbędnych pożegnań, mężczyzna wyminął dwójkę nastolatków i wsiadł do samochodu, by udać się na lotnisko. Parę sekund potem Kim marzyła tylko o tym, by odejść stamtąd jak najdalej.
- Spokojnie, nie przejmuj się nim – rzucił szatyn, uśmiechając się. – Ten facet ma wąty do wszystkiego co się rusza, nie jesteś jakimś specjalnym wyjątkiem. Jestem Jack, a ty?
- Kim – przedstawiła się. – Moja ciocia zostawiła komórkę w domu i chciałam ją oddać, naprawdę. Za chwilę sobie pójdę – powiedziała na jednym wdechu, na co on tylko się zaśmiał.
- Nie bój się, nie gryzę… zbyt często – na twarzy brązowookiej zagościł szeroki uśmiech. – Jak się nazywa twoja ciocia?
- Nell Jones, znasz ją może?
- Nie wytrzymam… - westchnął, a ta spojrzała na niego zdziwiona. – Ona to kiedyś głowy zapomni. Chodź, zaprowadzę się.
Razem weszli do windy, która zaczęła kierować się w górę. Kim dręczyło jedno pytanie, które postanowiła zadać.
- Jack, pracujesz tu?
- Tak jakby – stwierdził. – To dość skomplikowane, może kiedyś ci wyjaśnię, ale teraz… o! Jesteśmy.
Brewer zaprowadził ją do pewnego pomieszczenia. Pierwsze co zobaczyła to garstkę ludzi, wśród których znajdowała się rudowłosa... klęcząca i szukająca komórki na podłodze.
- Nell, może została w domu – zauważył pewien czarnoskóry mężczyzna, przy okazji popijając swoją ulubioną poranną kawę.
- Miałam ją, jestem pewna, Sam! – zaprzeczyła, a pozostali się zaśmiali.
Było tam jeszcze troje ludzi – trzech mężczyzn i kobieta.
- Hetty za chwilę nas zawoła, pośpiesz się! – powiedział nagle blondyn w kraciastych bermudach.
- Eric no! Widzisz, że szukam komórki i… ałć! – pisnęła, gdy uderzyła głową o biurko, pod którym była.
- Ciociu, ja ją mam – wtrąciła się Kimberly, gdy razem z Jack’iem znaleźli się obok nich.
- Kimmy, życie mi ratujesz! – krzyknęła i w ekspresowym tempie podbiegła do niej, by odebrać swoją własność. Pozostali dziwnie patrzyli na tę sytuację, gdyż nigdy wcześniej nie widzieli Kimberly.
- Kto to? – zapytała brunetka, zajmująca miejsce przy swoim biurku.
- To Kim, moja siostrzenica. Od wczoraj ze mną mieszka – powiadomiła Jones i uśmiechnęła się. – Przepraszam cię, ale muszę iść, bo pewien mały człowieczek, o imieniu Hetty, urwie mi głowę – rzuciła. Chwyciła Erica za rękę i razem z nim wbiegła po schodach.
- Ja już będę lecieć – postanowiła blondynka. – Do widzenia.
- Odprowadzę cię – zaoferował Jack, na co rudowłosy mężczyzna się roześmiał.
 - Masz jakiś problem, Marty? – zapytał, a Deeks, bo tak brzmiało jego nazwisko, dostał w ramię od czarnoskórego.
- Mogę wrócić dzisiaj do domu? – dziwnie poruszył brwiami, na co kobieta obok niego prychnęła.
- Czasami zachowujesz się jak małe dziecko – stwierdziła. Brewer rzucił krótkie „Na razie” i razem z nowo poznaną znajomą udał się na dół, by opuścić mury siedziby NCIS.
- To było trochę dziwne – stwierdziła, gdy znajdowali się już na świeżym powietrzu. – Kim byli ci ludzie?
- Ten idiota i żywa wersja Kudłatego ze Scooby-Doo to mój wujek, Marty. Ten, który go uderzył ma na imię Sam, a tamten drugi ma na nazwisko Callen.
- A na imię?
- Po prostu G. To dość skomplikowane… wracając, tamta kobieta to Kensi, a facet nienawidzący długich spodni nazywa się Eric, Nell już znasz – przedstawił ich po kolei i uśmiechnął się. – Jakoś cię tu wcześniej nie widziałem.
- Byłam ostatni raz tu trzy lata temu, a od wczoraj mieszkam razem z ciotką – powiedziała i spojrzała na niego.
- Czemu? – spytał, a dziewczyna momentalnie zmarkotniała.
- Nie chcę o tym mówić – mruknęła cicho. Chłopak zrozumiał, że nie jest jej to na rękę, więc nie ciągnął dalej tego tematu.
- Miałeś mi wytłumaczyć czemu tak jakby tu pracujesz – przypomniała, na co się zaśmiał.
- Nie przypominam sobie – udał zamyślonego – ale dobrze, jak chcesz. Przejdziemy się? Przy okazji pokazałbym ci Los Angeles, chyba nie znasz go zbyt dobrze.
- Wiem tylko, gdzie jest Starbucks i moja ulubiona lodziarnia, przewodnik mi się przyda – stwierdziła. – Idziemy?
- No pewnie.

****

Przez następne kilka godzin Jack i Kim spędzili miło czas w swoim towarzystwie. Chłopak pokazał dziewczynie miasto oraz kilka swoich ulubionych miejsc. Naprawdę się polubili i dobrze im się rozmawiało. Dowiedziała się też o nim całkiem sporo. Ma dziewiętnaście lat i mieszka razem ze swoim wujkiem Marty’m Deeks’em. Dosyć często jest gościem w NCIS, gdyż ma na to odgórne pozwolenie nadane przez dyrektora Leona Vance’a.

Gdy jego ojciec zmarł, matka kompletnie się załamała. Syn za bardzo przypominał jej męża. Nawet krótkie spojrzenie na niego, rozdrapywało bolesne rany. Oddała go Martin'owi, który traktował go niczym własne dziecko. Szatyn, w wieku dziesięciu lat, przeprowadził się do niego. Szybko zdobyli wspólny język i chwilami wyglądali nawet jak prawdziwy ojciec z synem. Zaraził go miłością do surfingu i nie tylko. Jego pierwsza wizyta w siedzibie NCIS odbyła się pół roku po jego szesnastych urodzinach, a akurat wtedy wpadł Jethro Gibbs wraz z Leonem. Bez Jack'a nie rozwiązaliby pewnej ważnej sprawy, a to, że Vance nawet go polubił, przyczyniło się do zaistniałej sytuacji. Kilka razy był nawet w Waszyngtonie i poznał drużynę Gibbs'a, który dość często - jak na niego - chwalił chłopaka. Zaimponowała mu jego determinacja i to, że od najmłodszych lat wiedział, z czym chce związać swoją przyszłość.
Agenci z Los Angeles przyjęli go entuzjastycznie i niemal od razu zaczęli traktować jak członka zespołu oraz swojego przyjaciela, a to było najważniejsze,
- Czyli tak jakby w połowie jesteś agentem, a w połowie nie - stwierdziła Kimberly, zajadając się swoimi ulubionymi lodami.
- Noo... coś w tym stylu - mruknął. - Wiem, to dziwne.
- Właśnie nie! Też bym tak chciała. No wiesz... wiedzieć, co robić dalej. Ty na pewno zostaniesz kiedyś pełnoprawnym agentem - spojrzała na niego, a ten skinął twierdząco głową. - A ja nie mam pojęcia, jak to będzie.
- Jakoś na pewno - zaśmiali się. - Ja ci powiedziałem prawie wszystko, teraz twoja kolej. Czemu przeprowadziłaś się ze Seattle do Los Angeles?
- Kocham słońce - próbowała zdobyć się na żart. - Tak jakoś samo wyszło... - spuściła głowę. - Zrobisz coś dla mnie?
- Jasne, a o co chodzi?
- Nie każ mi o tym mówić... proszę cię - szepnęła, a po jej policzku spłynęła mała łza. - Kiedyś na pewno ci powiem, ale nie dzisiaj.
- Ej, spokojnie - powiedział. - Do niczego cię nie zmuszam, pamiętaj.
Opuszkiem palca starł słoną ciecz z twarzy i uśmiechnął się do niej. Wiedział, że musiało stać się coś, co bardzo ją zabolało, inaczej tak by nie reagowała.
- Już późno, odprowadzę cię do domu - dodał jeszcze, wstając z ławki, na której siedzieli.
- Dziękuję, Jack - odparła, starając się uśmiechnąć. Chwyciła za jego dłoń, którą wystawił ku niej i razem z nim udała się asfaltową alejką w kierunku ulicy.

****
Samolot do Waszyngtonu wystartował, a Owen Granger niespokojnie rozglądał się po wnętrzu prywatnej maszyny i co chwila nerwowo sprawdzał telefon. Przeszłość wróciła do niego ze zdwojoną siłą w najmniej spodziewanym momencie.
- To było czternaście lat temu - szeptał do siebie. - Czternaście lat...
Nie mógł uwierzyć, że to dzieje się naprawdę. Żałował, że wtedy nie odkrył tego, co powinien, lecz to nie była jego wina.
Coleman jest winien, nie ja!, pomyślał i w sumie miał rację. Dla Frank'a Coleman'a prawda była wtedy niewygodna i nie chciał, by ktoś inny ją poznał. Straciłby wtedy wszystko. Pracę, karierę, dobre imię... wszystko. Po prostu wszystko.
- Crawford - westchnął głośno. Upił łyka przyniesionego martini i znowu powrócił do czytania akt sprawy. - Kimberly Crawford, co ty robisz w Los Angeles?



Mam nadzieję, że się podoba. Może i nie jest długi, ale macie spotkanie Kim i Jack'a, to powinno wystarczyć na jakiś czas.

środa, 12 lutego 2014

o1xo3. Take me to new life.

WAŻNE INFO POD ROZDZIAŁEM.

Praktycznie cały lot spędziła wpatrując się w niebo za oknem. Te cztery godziny były dla niej jak tortura, ciągnęły się w nieskończoność. Gdy wylądowali w Los Angeles była przeszczęśliwa. Samolot wydawał się być dla niej wielką ciasną klatką, w której nie mogła wysiedzieć ani chwili dłużej. Szybko odebrała bagaże i zaczęła rozglądać się w poszukiwaniu rudowłosej ciotki, którą zauważyła chwilę później. Tak samo jak ją zapamiętała – krótkie włosy, roześmiana twarz i oczy tryskające energią. To była ta Nell, za którą tak bardzo się stęskniła.
- Kimmy, kochanie! – krzyknęła uradowana i mocno przytuliła siostrzenicę. – Jak się trzymasz?
- Własny ojciec wyrzucił mnie z domu, bo wróciłam później z imprezy. Wspaniale – stwierdziła, a na jej twarz wkradł się ledwo widoczny grymas.
- Ej, będzie dobrze – rzuciła i jeszcze raz ją przytuliła. – Chodź, zawieziemy twoje rzeczy i idziemy na miasto! No chyba, że jesteś zmęczona…
- Nie, jest w porządku – zapewniła, uśmiechając się ciepło. Jones wzięła część walizek i razem udały się do jej samochodu.
Podczas jazdy rozmawiały praktycznie cały czas. Kobieta wypytywała o Patrick’a i nie dało się ukryć, że jego imię wyrażała ze śladowymi obecnościami obrzydzenia w głosie. Po prostu go nienawidziła. Ona – kobieta starająca się być pozytywnie nastawiona do każdego człowieka – pałała szczerą nienawiścią do swojego szwagra.
Od razu po wejściu do salonu i zostawieniu walizek, obie znowu wyszły na świeże powietrze. Miały pojechać na lody, lecz potem zdecydowały się na spacer. Wybrały ulubioną lodziarnię Kimberly. Zawsze, gdy blondynka tu przyjeżdżały, musiały co najmniej kilka razy ją odwiedzić.
- Dawno ich nie jadłam – zaśmiała się, pałaszując ulubiony smak z wafelka. – Tak szczerze, to od trzech lat chyba nic się tu nie zmieniło.
- Zdaje ci się – ciocia posłała jej szeroki uśmiech. – To opowiadaj! Co się stało?
- Razem z tatą mieliśmy inne poglądy… praktycznie na wszystko. Przyprowadziłam Chris’a do domu i oczywiście od razu musiał mi potem nawtykać, że jest zwykłym kryminalistą. Zawsze był nadpobudliwy, ale wczoraj przesadził. Powiedział, że nie ma zamiaru dłużej męczyć się z taką smarkulą jak ja. To chyba tyle – mruknęła słabo i spuściła wzrok.
- Wiem, że to zabrzmi głupio, ale tutaj będzie ci lepiej, zaufaj mi – powiedziała, spoglądając na siostrzenicę kątem oka.
- Jakoś nie chciałabym tam wracać – przyznała. – Zamykał mnie w domu, czułam się tam jak więzień. Ciągle sprawdzał mi telefon. Jeśli dostawałam z czegoś mniej niż czwórkę, od razu było kazanie. „Szlaban i do nauki, bo nie zdasz do następnej klasy!” i tak w kółko…
- Nie było kolorowo – westchnęła rudowłosa, a potem się uśmiechnęła. – Spokojnie, poradzimy sobie. Zapiszę cię do szkoły. Zaczynasz… być może za kilka dni.
- Dziękuję, Nell – rzuciła, sięgając po serwetkę. Wtedy kobieta dostrzegła coś przerażającego. Chwyciła jeden z nadgarstków Kimberly i spojrzała na nią wymownie.
- Kim? Co to jest? – zapytała, gdy nastolatka wyrwała rękę z uścisku.
- Nic takiego – skłamała i zaczęła nerwowo bawić się kosmykiem włosów.
- Czemu to robiłaś? – zadała kolejne pytanie, lecz znała na nie odpowiedź.
- Sama nie wiem – szepnęła. – Tak po prostu. Tak, to bezsensowne, ale nie potrafię ci tego wytłumaczyć. Cięłam się no i to tyle, nic więcej.
- Chodź – rzuciła i wstała z miejsca, przedtem zostawiając banknot na stoliku. Dziewczyna zdziwiła się jej zachowaniem, lecz posłusznie poszła za nią.
- Gdzie?
- Małe zakupy – powiedziała i zaśmiała się. – Myślałaś, że bez wizyty w paru sklepach wpuszczę cię dzisiaj do domu? Oj, kochanie…  poważny błąd.
Obie wybuchnęły śmiechem i w wesołych nastrojach udały się do pobliskiej Galerii. Spędziły w niej i kilku następnych około trzy godziny. Nell doskonale wiedziała, jak poprawić Crawford humor. Dziewczyna sprawiła sobie parę nowych rzeczy i razem z ciocią oraz kilkoma dużymi torbami wróciła do domu.
- Pomogę ci się rozpakować – rzuciła kobieta, chwytając za dwie walizki. – Mam nadzieję, że pokój ci się spodoba. Od twojej ostatniej wizyty minęło trochę czasu, a ja miałam tylko kilka godzin, żeby to jakoś urządzić i ogarnąć.
- Spokojnie, jaki by nie był, będzie idealny – zapewniła.
- Jest wspaniały, Nell – powiedziała, przytulając rudowłosą, a następnie przyjaźnie się uśmiechając.
W przeciągu godziny wszystko znalazło swoje miejsce. Laptop spoczął na biurku, ubrania i buty w szafie, zdjęcie Nicole na środku komody…

****

Crawford i Jones siedziały w salonie i oglądały film, przy okazji zajadając się popcornem. W pewnej chwili seans został przerwany przez uciążliwe reklamy.
- Kochałaś go? – zapytała kobieta nagle, spoglądając na siostrzenicę biorącą łyka ulubionego soku pomarańczowego ze szklanego kubka.
- Niby kogo? – odparła zdziwionym tonem.
- Tego Christophera, jeśli dobrze zapamiętałam.
- Aaa.. Chris’a – rzuciła i zamyśliła się. – Właściwie to… sama nie wiem, wątpię. To nie była miłość, raczej przyjaźń i wdzięczność. Dzięki niemu chociaż na chwilę mogłam się wyrwać z tej rutyny, ale… nie. Nie kochałam go, jestem pewna.
- Rozumiem – przyznała cicho. – Ale wiesz co? Teraz będzie już tylko lepiej, obiecuję.
- Wiem, Nell i dziękuję ci za to – uśmiechnęła się.

****

Dziewczyna weszła do swojego nowego pokoju i rzuciła się na łóżko. Jutro będzie nowym dniem jej całkiem innego życia. Wszystko się zmieni i już nigdy nie będzie takie samo, wykona obrót o sto osiemdziesiąt stopni. Spojrzała przez okno na nocną panoramę Los Angeles, jej nowego miasta. Tutaj zacznie od nowa, rozpocznie inny i lepszy rozdział. Nie będzie już płakać i się ciąć, to nie potrzebne. Będzie inaczej… lepiej. Musi być.
- Mój dom – szepnęła, dotykając szyby opuszkiem palca. – Mój nowy dom…

Rozdział jest krótki, ale to wszystko co miałam w nim do przekazania. Kolejny pojawi się niebawem, być może we wtorek. Przepraszam, że nie komentuję, ale to jedna z niewielu chwil, kiedy mogę się oderwać od zeszytów. Powód? Jutro mam półfinały w kosza i nie idę do szkoły. W weekend też nie mam za wiele czasu, bo okazało się, że wg moich nauczycieli dzień bez sprawdzianu jest "dniem straconym". Na następny tydzień mam po prostu wszystko pięknie zaplanowane -,- W poniedziałek geografia, niemiecki i na dodatek osiem lekcji (z czego dwie nieobowiązkowe, ale i tak muszę na nich być), a reszta tygodnia to codziennie test! Grr.. ale dobra, dość o tym.
Chodzi o to, że nie mam wgl czasu. To co zrobić? Zawiesić wszystkie blogi? Usunąć? Sama nie wiem. Zobaczymy niedługo, ale na pewno bez zawieszki cnm kilku się nie obejdzie.

sobota, 8 lutego 2014

o1xo2. Wake me up when it is all over.


Ostatnia noc w domu była dla niej jak tortura. W ogóle nie spała, nie umiała. Bez przerwy przewracała się z boku na bok, aż w końcu dała za wygraną. Wstała, usiadła na parapecie i zaczęła wpatrywać się w bezkresne niebo. Nie pojawiła się ani jedna chmura, bezproblemowo mogła podziwiać setki lub nawet tysiące gwiazd w swoim zasięgu wzroku. Kilka samotnych łez pełnych goryczy spłynęło po jej policzkach.
W blasku mroku spędziła kolejne minuty. Pomyślała o swojej mamie, na co delikatnie się uśmiechnęła. Wiedziała, że patrzy na nią z daleka i czuwa nad nią. Może jedna z gwiazd to ona? Ciągle świecąca nad swoją ukochaną córeczką i chroniąca ją od niebezpieczeństwa? Tak bardzo chciałaby być teraz z nią. Zakończyć swoją drogę, która zmierza donikąd i spotkać się z ukochaną Nicole, która pewnie nigdy nie pozwoliłaby na to wszystko, co się działo.
Blondynka odwróciła głowę i po raz ostatni zapewne zobaczyła swój pokój. Nie był jakoś specjalnie ładny i przytulny, lecz jej. Tylko jej i to od samego początku. To tu miała wszystkie wspomnienia, te dobre i te złe. To tutaj dorastała i wychowywała się. Teraz co? Ma go tak po prostu opuścić i zapomnieć o wszystkim. Nie uda jej się i bardzo dobrze o tym wiedziała. Mimo tego wszystkiego, kochała swojego ojca, chociaż już… coraz mniej. Przedtem starała się go rozumieć, a po pewnym czasie myślała, że tak już musi być. Ona wiecznie zamknięta, a on pilnujący ją na każdym kroku – taka była jej szara codzienność. Ani jednego promyczka nadziei na lepsze jutro… aż do teraz. Może to dobrze? W Mieście Aniołów w pewnym sensie zacznie wszystko od nowa. Szkoła, znajomi, otoczenie… nowa miłość? Nie, na pewno nie. Na uczucia w jej życiu nie będzie miejsca. Wywołałoby to tylko złudną nadzieję i rozczarowanie, a tego nie chciała. Postanowiła, że u Nell będzie inaczej, wszystko się zmieni…
Pozostaje tylko jedno pytanie – kim ona jest? Nell Jones, bo tak się nazywa, to młodsza siostra Nicole, ma dwadzieścia dziewięć lat. Mieszka w wiecznie słonecznym Los Angeles, gdzie pracuje w jako informatyk w jednostce NCIS na zachodnim wybrzeżu. Raz na jakiś czas Kimberly spędzała u niej wakacje, a wtedy kobieta starała się być z nią jak najdłużej. Nie specjalnie przepadała za Patrick’iem, gdyż obwiniała go o śmierć siostry, z którą miała ograniczony kontakt. O urodzeniu się małej Kimmy dowiedziała się dopiero miesiąc po fakcie, nie licząc tego, że o ciąży siostry nie miała bladego pojęcia. Z siostrzenicą utrzymywała bardzo dobry kontakt, rozumiały się niemal bez słów. Na wieść o czynie jej ojca zdenerwowała się nie na żarty i wygarnęła mu wszystko, co leżało na jej sercu od kilku lat.
- Czy ty jesteś poważny?! Ona jest jeszcze dzieckiem, nie masz prawa jej wyrzucić z domu! Spóźniła się tylko trochę i do tego pierwszy raz, Patrick! Nie masz serca!! – wrzeszczała do słuchawki, gdy zadzwonił poinformować ją o swojej decyzji.
- Takie coś zatrzymaj sobie dla znajomych, Nell – mruknął z przekąsem. – To weźmiesz tą smarkulę, czy nie? Śpieszy mi się.
- Oczywiście, że tak! – powiedziała, cudem powstrzymując się od przekleństw. – Jutro chcę już ją widzieć, nie pozwolę, żeby dłużej przebywała z takim despotą jak ty!
- O tym ja zadecyduję… kupię jej bilet i ostatecznie się od niej uwolnię – nawet w odległości tysięcy kilometrów wyczuła jego szyderczy uśmiech.
- Wiesz co? Nie dość, że zabiłeś mi siostrę to teraz jeszcze… nie mam do ciebie słów.
- TO NIE BYŁA MOJA WINA! – wrzasnął i rozłączył się w przypływie gniewu.

****

Całą noc spędziła na wpatrywaniu się w niebo i ciemne dachy domów. Na samą myśl, że prawdopodobnie nigdy ich już nie zobaczy, smutek i rozgoryczenie ogarniały jej ciało z prędkością światła.
Wraz z wejściem Patrick’a do pokoju, każda nadzieja oddaliła się wraz z wiatrem, który w tamtej chwili przelatywał przez Seattle, budzące się do życia. Ludzie wstawali do pracy, dzieci do szkoły, a ona… siedziała twarzą w twarz z człowiekiem, który w pewnym stopniu zniszczył jej życie. Nocne godziny ciągnęły się w nieskończoność, nie było przed nimi ucieczki… a jednak. To, co zawsze przynosiło jej ulgę. Jedyna przyjaciółka – żyletka – znowu o sobie przypomniała. Za jej pomocą dziewczyna wykonała kilka płytkich nacięć na swoich, pociętych już, nadgarstkach.
 http://i.pinger.pl/pgr329/e875c0900012a36e51b4d0e3
 Kilka razy przeszło jej przez myśl, by skończyć ze sobą w taki sposób. Była już tak blisko… jednak za każdym razem rezygnowała ze swojego zamiaru, po prostu się tego bała.
- Samolot masz za cztery godziny, spakuj się szybko i do widzenia – mruknął, rzucając bilet na lot do Californii.
Godzina dziewiąta rano, czyli odleci o trzynastej. Już wtedy pożegna się ze swoim dotychczasowym życiem i rozpocznie w nim nowy rozdział, a czy lepszy, przekona się już niedługo.

****

Pozbierała z podłogi wszystkie rzeczy, które Patrick z impetem wyrzucił z szafek i zaczęła je pakować. Ubrania, buty, biżuterię i tym podobne. Na sam koniec zebrała rzeczy z szafek: pamiętnik, kilka pamiątek i zdjęcie mamy, zajmujące honorowe miejsce na biurku. Ostatnią rzeczą, jaką spakowała do walizki był laptop. Zasunęła je, a następnie do swojej szarej torebki zgarnęła ostatnie przedmioty – portfel ze wszystkimi oszczędnościami, słuchawki do telefonu i kilka innych drobiazgów.
Wybrała numer Christopera i zdenerwowana czekała, aż odbierze. Dłonie jej się trzęsły i nie była w stanie wykonać żadnego ruchu. Bała się mu powiedzieć o wszystkim, bo wiedziała, że go to zaboli. Czuła do niego… właśnie, co? Nie kochała go, tego była pewna. Więc co to było? Wdzięczność za skrawek normalności wprowadzonej do jej monotonii.
- Cześć, Kimmy – rzucił entuzjastycznie, nie spodziewając się niczego, co usłyszy za dosłownie parę chwil.
- Hej, Chris – odparła, cudem powstrzymując łzy. Nie chciała go zostawiać, był jej przyjacielem.
- Coś się stało? Masz smutny głos – zauważył.
- Stało się, nawet dużo… wyjeżdżam – zawiadomiła, lecz dalej pozostała twarda. Postanowiła, że już więcej nie będzie płakać. Patrick na to nie zasługiwał…
- Gdzie? Na jak długo? – dopytywał się.
- Do Los Angeles, tak jakby na zawsze – powiedziała dobitnie, a chłopak po drugiej stronie aż usiadł z wrażenia. Zabierają mu Kim… jego Kim. Dziewczynę, którą pokochał.
- Jak to? Dlaczego?!
- Tata… wyrzucił mnie z domu – szepnęła cicho, bo dopiero wtedy dotarło to do niej w stu procentach.
- Nie musisz się wyprowadzać do Californii, zamieszkaj u mnie! – krzyknął uradowany, lecz Crawford się skrzywiła.
- To zły pomysł, Christopher – usłyszał. – Dzwonię, żeby się pożegnać, za godzinę mam samolot. Przepraszam, że robię to przez telefon, ale nie miałam powiedzieć tego osobiście. Więc… żegnaj – przymknęła oczy, rozłączając się. Schowała komórkę do torebki, gdyż chwilę później zobaczyła mężczyznę w swoim pokoju. Chociaż on już nie należał do niej. Puste ściany i półki nie sugerowały, że ktoś go zamieszkuje… lub zamieszkiwał.
- Odwiozę cię na lotnisko, dalej radź sobie sama – burknął sucho, biorąc część jej bagażu. Nawet nie próbowała protestować, bo wiedziała, że nie przyniesie to rezultatu.

****

Jechali w ciszy. Szatyn wlepiał swój srogi wzrok w drogę, a Kimberly oparła głowę o szybę i wsłuchiwała się w melodię lecącą z słuchawek.

Feeling my way through the darkness
Guided by a beating heart
I can't tell where the journey will end
But I know where to start.

Tak samo ona, nie miała pojęcia co teraz będzie, lecz wiedziała jedno… zaczyna się jej nowe życie i nowa podróż, którą będzie musiała przebyć. Zacznie się ona tutaj, na lotnisku w Seattle, a nie wiadomo gdzie się skończy.
Będzie dobrze, przecież musi, pomyślała, gdy przeszła odprawę i udawała się na pokład maszyny. Spojrzała za siebie i uśmiechnęła się delikatnie. Wystartowali. Przymknęła oczy, a jedna samotna łza spłynęła po jej policzku. Natychmiast ją starła i wsłuchała się w beznamiętny głos stewardessy.
- Drodzy państwo, pilot pozwolił już odpiąć pasy. Do Los Angeles dotrzemy za około cztery godziny. Życzę miłego lotu.
Dziewczyna przejechała palcem po ekranie swojego telefonu. Widniało na nim zdjęcie jej, Chrisa oraz kilkoro innych nastolatków.
Żegnajcie, już się nie zobaczymy…

Drugi rozdział. Do spotkania Jack'a coraz bliżej ♥

sobota, 1 lutego 2014

o1xo1. Bird in a gold cage.

Na pozór idealne życie może być koszmarem. Nikt nie ma o tym pojęcia, wyjątek stanowią nieliczni. Nie ma sposobu, żeby się stamtąd wyrwać. Tak musi być i nic nie można na to poradzić. Wszystko zaczęło się kilkanaście lat temu, choć można powiedzieć, że trwa od zawsze. Ciągła kontrola, sprawdzanie, zamknięcie w czterech ścianach… cudem udaje jej się to znosić. Musi sprawiać wrażenie ułożonej i perfekcyjnej pod każdym względem, a inaczej czeka ją sroga kara. To straszne, ale prawdziwe. Nie mieć w ogóle życia, całe dnie spędzać w zamkniętym pokoju, który nawet nie wygląda, jakby ktoś w nim mieszkał. Beżowe ściany, łóżko, szafa, kilka półek na książki, biurko z laptopem i jedno okno – to tyle. Jeśli dostanie nieco gorszą ocenę ma zakaz wychodzenia z domu. Dla niego nie ma błędów i porażek, tylko idealizm i to w każdym calu. Inni mogą być tacy, jacy chcą, lecz nie jego córka. Ona ma być najlepsza. Zawsze same szóstki, wzorowe zachowanie. Wytrenował ją sobie na sprzątaczkę i kucharkę, miała być na jego skinienie palcem. Nie tolerował innych dookoła niej. Przyjaciele? Chłopak? To niepotrzebne.
- Chcę wreszcie poznać jakiś ludzi, tato! – powiedziała pewnego razu piękna blondynka o orzechowych oczach. – Seattle jest duże, a ja w ogóle go nie znam.
Jednak to nie wchodziło w grę. Siedzieć w domu, uczyć się i sprzątać – tylko tyle było jej wolno. Z domu do szkoły, ze szkoły do domu. To było jej jedyne wyjście. Na wakacje pozwalał na wyjazd do rodziny, chciał się jej po prostu pozbyć. Gdy wracała, piekło zaczynało się od nowa. Co chwila musiał sprawdzać jej telefon, zamykał ją w pokoju na klucz. Doszło do tego, że dziewczyna zaczęła się ciąć. To było jak ukojenie, ucieczka od tego wszystkiego. Z jednego nacięcia w szybkim tempie robiło się ich coraz więcej. Nie mogła się powstrzymać, żyletka po prostu ją wołała. Nie widziała innej drogi, to było silniejsze od niej. Wiedziała, że robi źle, lecz wtedy ją to nie obchodziło. Liczyło się tylko to złudzenie, że jest lepiej… że jej życie kiedyś wróci do normy.
A Kim ona właściwie jest? Kimberly Crawford, bo tak się nazywa, ma siedemnaście lat i mieszka z ojcem Patrickiem w Seattle. Przez większość swojego życia siedzi w domu i nie może wyjść nawet do ogrodu. Czemu? Nawet ona tego nie wie, tak ma być i już, tyle w temacie. Zrobił sobie z niej osobistą sprzątaczkę, kucharkę i służącą, była na każde jego skinienie… musiała być, bo inaczej zostawała karana. Cudem było nawet to, że pozwalał się chodzić samej do szkoły, zamiast zatrudniać guwernantów lub korepetytorów. Była niczym ptak w złotej klatce, trzymana pod kloszem bez możliwości ucieczki. Czasami jednak znalazła sposób, by znaleźć ukojenie. Gdy Patrick był w pracy – miał zmiany popołudniowe – zamykał drzwi na klucz, lecz nie pomyślał o oknach. Dziewczyna pewnego razu wspięła się na parapet u siebie w pokoju, wyszła na zewnątrz i zeskoczyła przy pomocy drzewa, na które przedtem się wspięła. Tą samą metodą wracała, zanim mężczyzna wracał. Poznała kilkoro młodych ludzi, z którymi zdążyła się zaprzyjaźnić. Z reguły była nieśmiała i cicha, niczym nie wyróżniająca się z tłumu. Jednak wtedy mogła wreszcie uwolnić wszystko, co dusiła w sobie przez te siedemnaście lat. Zyskała coś bardzo wartościowego – przyjaciół i… może nawet kogoś więcej. Tak, tak właśnie… Kimberly i niejaki Christopher byli razem. Rzecz jasna, musieli się ukrywać, lecz nikomu to nie przeszkadzało.
Czy zawsze tak było? Oczywiście, że nie. W takim razie co się zmieniło? Kiedyś każdy, nawet najmniejszy szczegół, wyglądał inaczej, lecz nie dziś. Choć może to tylko złudzenie.
Co tak właściwie się stało? Tak naprawdę, blondynka w ogóle tego nie pamiętała, a Patrick’owi śniło się to niemal codziennie. To oczekiwanie… ten list, telefon, identyfikacja i w mgnieniu oka wszystko się zawaliło. Nie było już nic, tylko pustka. A pomyśleć, że to mógł być jedynie zwyczajny dzień…

Rok dwutysięczny, osiemnasty stycznia. Nicole Crawford, wówczas dwudziestotrzylatka, swoim samochodem opuszczała firmowy parking. Tamtego dnia musiała zostać dłużej, gdyż przygotowywała prezentację dla ważnego inwestora. Było kilka minut przed dwudziestą trzecią, a kobieta nie marzyła o niczym innym, niż o ciepłym łóżku i jakimś dobrym filmie w telewizji. Gdzie jechała? Do domu – ta odpowiedź byłaby prawdopodobna, lecz… błędna. Nicole sama nie wiedziała, gdzie zmierza. Miała jednak jeden cel – jak najdalej. Nie planowała tego, lecz już dłużej nie mogła tego znieść. To było za dużo. Na początku próbowała z tym walczyć, lecz po pewnym czasie przegrała. Czuła się winna, że zostawia dwie jedyne osoby, które kocha, lecz wtedy musiała uciec… po prostu musiała, to było konieczne.
Przed porannym wyjściem do pracy, gdy Patrick’a nie było w domu, spakowała wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy do torby i wsadziła ją do bagażnika. Napisała też list, gdzie wyjaśniła wszystko, najlepiej jak mogła. Tłumaczyła sobie, że przecież wróci. Kiedyś na pewno, jednak czegoś wtedy nie wiedziała; nieważne, jak bardzo by chciała, nie wróci… nigdy. Wtedy wszystko się skończyło.
Nagle straciła kontrolę nad pojazdem. Próbowała hamować, zapanować nad tym, lecz było za późno. Samochód zjechał z drogi i z impetem uderzył w jedno z pobliskich drzew. Nic nie dało się zrobić, auto jakby odmówiło jej posłuszeństwa. Żyło swoim życiem i jechało tam, gdzie chciało.
- Kocham was – to były jej ostatnie słowa, gdy dosłownie kilka sekund później nie było jej na tym świecie.
Każdy był jednogłośny; nieszczęśliwy wypadek.
Jeszcze tego samego dnia, po powrocie z pracy, jej mąż znalazł list. Czytał go chyba z kilkanaście razy. Analizował po kolei wszystkie słowa, lecz i tak nie mógł uwierzyć.
Kilka godzin później odebrał telefon z policji. Jego żona nie żyje… Nicole już nigdy nie będzie z nim, to koniec... definitywnie."

Po tym wszystko się zmieniło. Mężczyzna zaczął traktować Kimberly jak przedmiot. Miała mu usługiwać i wiecznie siedzieć w domu. Jednak pewnego dnia odkrył, że ta wymyka się z domu. Jak? To proste. Wrócił wcześniej, a jej nie było. Dostała szlaban, co było sprawą dość oczywistą, lecz wtedy nastąpił swojego rodzaju przełom. Patrick się ugiął… pozwalał swojej córce na wyjścia, co prawda niezbyt częste, ale zawsze to coś. Dziewczyna z lekką obawą przedstawiła mu Christophera. Nie przyjął go zbyt entuzjastycznie i nie zamierzał się z tym ukrywać. Głośno wyrażał swoje uwagi na jego temat, lecz chłopak nic sobie z tego nie robił. Miarka się jednak przebrała, gdy Kimberly udała się razem z nim na dyskotekę. Miała wrócić o dziewiątej… zrobiła się z tego północ. Mężczyzna był wściekły, chociaż to i tak mało powiedziane.
- Gdzie ty się szlajasz?! – huknął donośnie, a blondynka zrobiła niewielki krok w tył. – Miałaś być w domu trzy godziny temu, smarkulo! Ten twój chłopaczyna nie ma za grosz szacunku do mnie! Nie masz prawa się z nim spotykać, zrozumiałaś?!
- Tato, proszę cię… spóźniłam się tylko raz. To nie wina Chris’a, sama chciałam dłużej zostać. Przepraszam – powiedziała cicho i wbiła wzrok w podłogę.
Nerwowo czekała na reakcję ojca. Wiedziała, że nie będzie ona za ciekawa. Szatyn był bezwzględny, jeśli chodziło o nią. Nie miał żadnych skrupułów i bez mrugnięcia okiem wymierzał jej wszelakie kary. Jednak ani razu jej nie uderzył, nie mógł… kiedyś coś komuś obiecał.
- Wiesz co myślę? Seattle źle na ciebie działa, a twoi nowy ‘znajomi’ to pewnie banda młodocianych przestępców i pasożytów. Tym razem przesadziłaś, Kim. Robisz co chcesz i szlajasz się po nocach z marginesem społecznym! Może jeszcze usłyszę, że zostanę dziadkiem, bo moja kochana córeczka się zeszmaciła!! – wrzasnął.
Pierwsze łzy zaczęły spływać po jej policzkach. Znała ojca od tej ‘złej’ strony, lecz jeszcze nigdy tak do niej nie powiedział. To zabolało… bardzo.
- Nie mów tak, tato – poprosiła i spojrzała na niego przestraszona. – Chris jest…
- Jednym z źródeł twoich kłopotów – warknął. – Wiem co z tym zrobię. To cię nauczy, że ze mną się nie zadziera. Przy okazji odpocznę sobie od ciebie, przyda mi się to. Już nie będę musiał wysłuchiwać twojego skomlenia o wyjściu z domu, teraz ktoś inny odwali brudną robotę za mnie.
- Tato – pisnęła. – O czym ty mówisz? Ja nie…
- Dość, Kim! Miarka się przebrała. Wyprowadzasz się z tego domu i to już jutro! – krzyknął i udał się na górę do jej pokoju, by zacząć ją pakować, a zrozpaczona nastolatka w pośpiechu podążyła za nim.
- Przestań! – wyłkała, widząc Patricka, wyrzucającego na podłogę wszystkie ubrania z szafy. – Co ja mam teraz zrobić?
- Zadzwonię do Nell, będzie musiała cię przygarnąć. Nie będziesz mi już wadzić, a ona na pewno cię przypilnuje… przecież pracuje w jakimś rodzaju policji, utemperuje cię. Jak będziesz chciała mnie odwiedzać, nie rób tego zbyt często.
- Wyrzucasz mnie z mojego własnego domu?
- Nie, mylisz się. Ten dom jest tylko mój, a ty jesteś w nim chwilowym gościem – zauważył z przekąsem. – Wyśpij się, to twoja ostatnia noc tutaj.
Wyszedł z pokoju, zostawiając zapłakaną córkę samą. Rzeczy, porozrzucane przez niego, tkwiły nadal na podłodze. Dziewczyna rzuciła się z płaczem na łóżko i schowała głowę w poduszkę.
Patrick stał się potworem. Jak sam mówił, to jej ostatnia noc w miejscu, gdzie dorastała, gdzie stawiała pierwsze kroki. Siedemnastolatka wyrzucona z domu, bo wróciła później z imprezy. Nieprawdopodobne? A jednak…

♥♥♥♥

Tak oto prezentuje się pierwszy rozdział w nowej historii. Nie sugerujcie się nim za wiele, bo historia będzie o czymś innym. Kiedy Kim spotka Jack'a? Nie w najbliższym czasie.
Dedykuję go Emily <3 Kochana, bez ciebie tego bloga by nie było!